Discussion:
RAZ: Jerzy Giedroyc, endek i antysemita
Add Reply
brat_olin
2021-04-01 14:12:44 UTC
Odpowiedz
Permalink
https://ziemkiewicz.info/2021/03/30/jeszcze-raz/

Jeszcze RAZ
Ten tekst z czerwca 2009 przypominam oczywiście w związku z niedawnym atakiem na Polskę „New Yorkera”. Nic się od czasu jego napisania nie zmieniło – jest „tak samo, tylko bardziej”.

Jerzy Giedroyc, endek i antysemita

Tygodnik „Myśl Polska”, który zwykł przypominać rozmaite przedwojenne archiwalia, głównie o proweniencji endeckiej, tym razem zaskoczył czytelników publikacją obszernego fragmentu broszury politycznej „Polska idea imperialna”. Wszyscy oczywiście wiedzą, co to była za broszura, ale ponieważ nikt jej od czasu pierwodruku w roku 1938 nie wznowił, a fragmentu, o którym mowa, próżno szukać w opracowaniach poświęconych Redaktorowi i jego środowisku, na wszelki wypadek przypomnę. „Polska idea imperialna” stanowiła ideowy manifest i program środowiska skupionego wokół redagowanego przez Jerzego Giedroycia pisma „Polityka” (wcześniej: „Bunt Młodych”) − bardzo obiecującej grupy młodych zwolenników Sanacji, wyznających idee, jak to wówczas ujmowano, państwowotwórcze. Wprawdzie broszurę pisali wspólnie Adolf i Aleksander Bocheńscy, Stanisław Skwarczyński i Kazimierz Studentowicz, a Giedroyc ograniczył się tylko do opatrzenia jej wstępem, nie ma jednak wątpliwości, że to właśnie przyszły wieloletni wydawca i redaktor „Kultury” był spiritus movens całego przedsięwzięcia. Nie kryje tego zresztą w swej o ponad pół wieku późniejszej autobiografii − choć zaznacza, że nie pod wszystkim w broszurze tej się podpisywał. Ale zaraz uściśla, czego to konkretnie dotyczyło: „bardzo w niej mocne akcenty katolickie nie odpowiadały moim przekonaniom”.

A mi tutaj akurat nie o te akcenty dziś chodzi.

Przeciętnego tzw. liberalnego inteligenta, wychowanego na „Gazecie Wyborczej”, wspomniany tekst wprawić musi w głęboki dysonans poznawczy. Zapewne zresztą dlatego pozostaje nieznany. Przytoczony fragment traktuje o postulowanej przez środowisko Giedroycia polityce państwa polskiego wobec Żydów. Co konkretnie postulują zbuntowani młodzi sanatorzy? Zacytujmy. Po pierwsze: „numerus clausus na wyższych uczelniach oraz w wolnych zawodach”. Po drugie: „nieprzyjmowanie Żydów na posady publiczne, specjalnie zaś na żadne kierownicze stanowiska”. Po trzecie: „oddawanie dostaw rządowych firmom chrześcijańskim”. Po piąte (skracam − ciekawych pełnego tekstu zapraszam do „Myśli Polskiej”, względnie, jeśli nie mogą przemóc obrzydzenia do neoendecji, do Biblioteki Narodowej): „zakazu anonimowych firm ukrywających żydowskich właścicieli; zakazu zmiany nazwisk itp.”. I wreszcie „obsadzenia wszystkich stanowisk politycznych i gospodarczych o decydującym znaczeniu dla państwa wyłącznie przez rdzennych Polaków”. /*

Mimo, iż postulaty te obudowane są deklaracjami potępienia dla „rasistowskiego podejścia do problemu żydowskiego, jako sprzecznego z doktryną kościoła katolickiego”, przedstawiony tu zespół poglądów jest dziś w upowszechnianym przez michnikowszczyznę i środowiska do niej zbliżone stereotypie jednoznacznie przypisywany endecji. Poglądy takie miały jakoby wynikać wprost z silnej pozycji w Polsce Kościoła i z antysemickich namiętności.

Ponieważ, jak wspomniałem, sam Giedroyc o sprawie wypowiadał się otwarcie i uczciwie, uzupełnijmy archiwalny manifest jego „Autobiografią na cztery ręce”. Tu starszy i mądrzejszy o pół wieku Redaktor przyznaje, iż język broszury „dziś wydaje się rasistowski, choć w swoim czasie różnił się od języka rasistów”. Mówi, że zawarte w tekście „sformułowania są dziś nie do obrony… ale wtedy te sformułowania nikogo z nas nie raziły. Byliśmy przekonani, że istnieje w Polsce problem żydowski… którego nie da się rozwiązać w trybie asymilacji. Ponieważ zaś Żydzi byli rozrzuceni po całym kraju, nie można było domagać się dla nich autonomii, jak dla Ukraińców. Za jedyne rozwiązanie uważaliśmy zatem masową emigrację Żydów do Palestyny. Stąd moje kontakty z Żabotyńskim, które skądinąd budziły wiele zastrzeżeń w różnych kołach, w tym − żydowskich”.

Dodajmy, że z Żabotyńskim, przywódcą polskich syjonistów, blisko współpracowali także liderzy ONR, organizacji, której urobiono historyczną gębę „polskich faszystów” i w ogóle ucieleśnienia szatańskiego zła endecji.

Jeśli przyjąć za Sartrem iż antysemityzm jest „namiętnością”, to ponad wszelką wątpliwość ani Giedroyc, ani Bocheńscy, ani inni ludzie z tego kręgu nie byli antysemitami. Trudno podejrzewać, by Redaktor, u którego antyklerykalizm miał charakter wręcz pogłębiającej się z wiekiem obsesji firmował swym nazwiskiem postulat dyskryminacji obywateli polskich pochodzenia żydowskiego dlatego, że Żydzi zamordowali Jezusa. Otóż nie, Giedroyc firmował ów postulat z przyczyn czysto politycznych, racjonalnych, których w autobiografii nie kryje − jego środowisko domagało się dyskryminacji Żydów, by zmusić ich do emigracji.

Zresztą wspominana broszura stawia to bardzo jasno: „Zdajemy sobie sprawę, że wymienione metody walki stworzą bardzo ciężkie warunki egzystencji dla masy żydowskiej. Dopiero one jednak zmuszą Żydów do szybkiej emigracji, międzynarodową zaś finansjerę żydowską do udzielenia tej emigracji odpowiedniego poparcia”.

W „Autobiografii na cztery ręce” Giedroyc wyjaśnia też, skąd ten akurat postulowany kierunek emigracji − Palestyna. Otóż stąd, że w owym okresie państwa zachodnie przed emigracją Żydów z Europy wschodniej broniły się jak przed zarazą (Giedroyc przytacza tu smakowitą anegdotę o rządowych rozmowach z żydowskimi bankierami z USA, którzy udzielenie nam wysokiej pożyczki uzależnili od zobowiązania, iż rząd RP zapobiegnie emigracji „żydów kapotowych” do Ameryki − albowiem ich napływ wzmaga tam nastroje antysemickie, czemu żydowscy bogacze chcą zapobiec). Nawet Żydzi uciekający przed niechybną śmiercią z hitlerowskich Niemiec nie mogli liczyć na prawo wjazdu; głośna była historia statku „Saint Louis”, wiozącego takich uciekinierów, któremu kolejne państwa zachodnie odmawiały wstępu do swych portów, aż odwiózł pasażerów z powrotem do Niemiec, wprost do obozów zagłady.

Przypomnijmy, że powstająca z ponad stuletniej niewoli Polska, borykająca się ze wszystkimi możliwymi problemami, w tym problemem prawie milionowej rzeszy „litwaków” − Żydów rosyjskich wygnanych przez reżim carski na ziemie etniczne polskie, nie identyfikujących się z Polską w najmniejszym stopniu − stanęła dodatkowo w obliczu napływu dodatkowego około pół miliona Żydów z Rosji, uciekających przed bolszewickim rajem. I że wszystkim tym Żydom, nie będącym Polakami, nie mówiącym po polsku, nie związanym z Polską a wręcz jej wrogim, dała obywatelstwo i pełnię wynikających z niego praw. Podobnie zresztą, jak jeszcze tuż przed wojną „antysemicka” Polska przyjęła dziesiątki tysięcy wygnanych przez Hitlera żydów niemieckich.**/

Nigdy nie słyszałem, aby te gesty II RP spotkały się z jakimkolwiek uznaniem czy choć zdawkowym docenieniem. Przeciwnie, intelektualiści z krajów, które odpędzały uciekających przed zagładą Żydów kijem, z lubością debatują dziś o „odwiecznym polskim antysemityzmie”, a przekonanie, że „naziści”, którzy dokonali holocaustu to głównie Polacy, staje się tam potocznym stereotypem.

Prawda historyczna jest inna. W międzywojennej Polsce naprawdę istniał poważny „problem żydowski” − problem niezasymilowanej i odmawiającej asymilacji ludności obcej, w dodatku całkowicie monopolizującej pewne sfery życia gospodarczego, zwłaszcza handel i pośrednictwo w sprzedaży produktów rolnych, z wymierną szkodą dla ludności rdzennej. Ten problem przyczyniał się do rozgrzewania antysemickich namiętności, ale dostrzegali go także ludzie niewątpliwie światli i od antysemityzmu jak najdalsi. Nie tylko wspomniany tu krąg Giedroycia. Także tacy liderzy „liberalnej” opinii międzywojnia, jak Tuwim czy Słonimski, których niechęć i pogarda dla „Żydów kapotowych”, siedliska ciemnoty i zabobonu, znajdowała wyraz nie tylko w antysemickich facecjach („świętym parchom z Góry Kalwarii” kazał się przecież Tuwim w uparcie dziś w tym punkcie cenzurowanym wierszu całować w d…) ale i w ostrych pamfletach na granicy politycznej nagonki. Po marcu 1968 prominentni PZPR-owcy dla skompromitowania Antoniego Słonimskiego domagali się, by jego przedwojenne teksty o takim charakterze opublikować w „Polityce” – Mieczysław Rakowski, oddajmy mu tę zasługę, miał śmiałość odmówić, ale wspomnianych antyżydowskich pamfletów nikt przecież nie zmyślił.

Uproszczona do granic kretynizmu czarna legenda endecji stanowi dziś podstawę „wiedzy” środowisk zagranicznych, nie umiejących sobie nawet wyobrazić skali problemu narodowościowego II RP. Ale także żydowskiej diaspory, np. amerykańskiej, która w czasach holocaustu zachowywała się wobec mordowanych polskich współbraci wyjątkowo nikczemnie, i nawet rozpaczliwy, samobójczy gest Szmula Zygielbojma jej nastawienia nie zmienił − a która dziś pierwsza jest do „odzyskiwania mienia” po ofiarach Zagłady.

To boli i oburza, ale jeszcze bardziej boli i oburza, gdy dla bieżącej polityki w wulgaryzowaniu polskiej historii gorliwie współpracuje polska, z przeproszeniem, elita intelektualna, rozumująca całkowicie w kategoriach walki o „rząd dusz” i z upodobaniem używająca wrednego stereotypu „Polak-katolik = endek-antysemita i odwrotnie” jako pałki do załatwiania swych niskich porachunków.

Cóż, polska „liberalna inteligencja” przypomina orwellowskie owce, których inteligencja wyczerpywała się na chóralnym beczeniu godzinami „cztery nogi dobre, dwie nogi złe”, i zapewne czarna legenda endecji upowszechniana przez michnikowszczyznę jest tym właśnie, czego taka „inteligencja” potrzebuje. Nie spodziewam się więc, żeby dysonans poznawczy pomiędzy stereotypowym ujęciem przedwojennego problemu żydowskiego a kultem Giedroycia jako duchowego ojca Michnika i jego ekipy zdołał jakąś znaczącą statystycznie liczbę do owego zgodnego beczenia zniechęcić.

Co nie zmienia faktu, że trzeba beczącym rzucać od czasu do czasu w oczy parę słów prawdy. Z tej racji pomysł przypomnienia przez „Myśl Polską” okrytej wstydliwym milczeniem przedwojennej broszury trzeba gorąco pochwalić.

*/ Można powiedzieć, że był to program „amerykanizacji” kwestii żydowskiej w Polsce. Z tym, że aby sobie z tego zdawać sprawę, trzeba wiedzieć, że tak właśnie dyskryminowano Żydów w USA mniej więcej do późnych lat sześćdziesiątych. A Amerykanie wydali ogromne pieniądze i włożyli dużo starań w to, żeby o tym nikt nie pamiętał i żeby sami Żydzi dziś im tego nie wypominali.

**/ Część z owej przyjętej przez tworzące się dopiero państwo polskie rzeszy uciekinierów usiłowała dostać się do USA – prowizoryczna przystań, z której organizowano rejsy dla nich, dała początek przyszłemu portowi w Gdyni, jednak Ameryka bardzo szybko zamknęła dla Żydów z Europy Wschodniej swe granice. Wtedy kierunkiem dalszej podróżny rosyjskich uciekinierów stała się Palestyna. I tam jednak zostali przyjęci bardzo niechętnie, bo dalece odbiegali od typu Żyda-pioniera, „chaluca”, którym chcieli syjoniści zasiedlić historyczną kolebkę swego narodu. Podobnie, jak swego czasu wypchnięci przez cara do Królestwa Polskiego „Litwacy”, Żydzi ci nic sobie nie robili z idei i planów syjonistów, ani myśleli pracować na roli i uczyć się hebrajskiego. Pisze o tym ówczesny żydowski przywódca Chaim Weizmann, późniejszy pierwszy prezydent Izraela, w swych opublikowanych w roku 1949 wspomnieniach. Mówiąc nawiasem, co bardzo charakterystyczne dla czasów ich powstania i ówczesnego syjonizmu, we wspomnieniach tych holocaust jest zaledwie zdawkowo odnotowany, dosłownie kilkoma zdaniami.
Hreczecha
2021-04-01 15:46:27 UTC
Odpowiedz
Permalink
Post by brat_olin
https://ziemkiewicz.info/2021/03/30/jeszcze-raz/
Jeszcze RAZ
Ten tekst z czerwca 2009 przypominam oczywiście w związku z niedawnym atakiem na Polskę „New Yorkera”. Nic się od czasu jego napisania nie zmieniło – jest „tak samo, tylko bardziej”.
Jerzy Giedroyc, endek i antysemita
Tygodnik „Myśl Polska”, który zwykł przypominać rozmaite przedwojenne archiwalia, głównie o proweniencji endeckiej, tym razem zaskoczył czytelników publikacją obszernego fragmentu broszury politycznej „Polska idea imperialna”. Wszyscy oczywiście wiedzą, co to była za broszura, ale ponieważ nikt jej od czasu pierwodruku w roku 1938 nie wznowił, a fragmentu, o którym mowa, próżno szukać w opracowaniach poświęconych Redaktorowi i jego środowisku, na wszelki wypadek przypomnę. „Polska idea imperialna” stanowiła ideowy manifest i program środowiska skupionego wokół redagowanego przez Jerzego Giedroycia pisma „Polityka” (wcześniej: „Bunt Młodych”) − bardzo obiecującej grupy młodych zwolenników Sanacji, wyznających idee, jak to wówczas ujmowano, państwowotwórcze. Wprawdzie broszurę pisali wspólnie Adolf i Aleksander Bocheńscy, Stanisław Skwarczyński i Kazimierz Studentowicz, a Giedroyc ograniczył się tylko do opatrzenia jej wstępem, nie ma jednak wątpliwości, że to właśnie przyszły wieloletni wydawca i redaktor „Kultury” był spiritus movens całego przedsięwzięcia. Nie kryje tego zresztą w swej o ponad pół wieku późniejszej autobiografii − choć zaznacza, że nie pod wszystkim w broszurze tej się podpisywał. Ale zaraz uściśla, czego to konkretnie dotyczyło: „bardzo w niej mocne akcenty katolickie nie odpowiadały moim przekonaniom”.
A mi tutaj akurat nie o te akcenty dziś chodzi.
Przeciętnego tzw. liberalnego inteligenta, wychowanego na „Gazecie Wyborczej”, wspomniany tekst wprawić musi w głęboki dysonans poznawczy. Zapewne zresztą dlatego pozostaje nieznany. Przytoczony fragment traktuje o postulowanej przez środowisko Giedroycia polityce państwa polskiego wobec Żydów. Co konkretnie postulują zbuntowani młodzi sanatorzy? Zacytujmy. Po pierwsze: „numerus clausus na wyższych uczelniach oraz w wolnych zawodach”. Po drugie: „nieprzyjmowanie Żydów na posady publiczne, specjalnie zaś na żadne kierownicze stanowiska”. Po trzecie: „oddawanie dostaw rządowych firmom chrześcijańskim”. Po piąte (skracam − ciekawych pełnego tekstu zapraszam do „Myśli Polskiej”, względnie, jeśli nie mogą przemóc obrzydzenia do neoendecji, do Biblioteki Narodowej): „zakazu anonimowych firm ukrywających żydowskich właścicieli; zakazu zmiany nazwisk itp.”. I wreszcie „obsadzenia wszystkich stanowisk politycznych i gospodarczych o decydującym znaczeniu dla państwa wyłącznie przez rdzennych Polaków”. /*
Mimo, iż postulaty te obudowane są deklaracjami potępienia dla „rasistowskiego podejścia do problemu żydowskiego, jako sprzecznego z doktryną kościoła katolickiego”, przedstawiony tu zespół poglądów jest dziś w upowszechnianym przez michnikowszczyznę i środowiska do niej zbliżone stereotypie jednoznacznie przypisywany endecji. Poglądy takie miały jakoby wynikać wprost z silnej pozycji w Polsce Kościoła i z antysemickich namiętności.
Ponieważ, jak wspomniałem, sam Giedroyc o sprawie wypowiadał się otwarcie i uczciwie, uzupełnijmy archiwalny manifest jego „Autobiografią na cztery ręce”. Tu starszy i mądrzejszy o pół wieku Redaktor przyznaje, iż język broszury „dziś wydaje się rasistowski, choć w swoim czasie różnił się od języka rasistów”. Mówi, że zawarte w tekście „sformułowania są dziś nie do obrony… ale wtedy te sformułowania nikogo z nas nie raziły. Byliśmy przekonani, że istnieje w Polsce problem żydowski… którego nie da się rozwiązać w trybie asymilacji. Ponieważ zaś Żydzi byli rozrzuceni po całym kraju, nie można było domagać się dla nich autonomii, jak dla Ukraińców. Za jedyne rozwiązanie uważaliśmy zatem masową emigrację Żydów do Palestyny. Stąd moje kontakty z Żabotyńskim, które skądinąd budziły wiele zastrzeżeń w różnych kołach, w tym − żydowskich”.
Dodajmy, że z Żabotyńskim, przywódcą polskich syjonistów, blisko współpracowali także liderzy ONR, organizacji, której urobiono historyczną gębę „polskich faszystów” i w ogóle ucieleśnienia szatańskiego zła endecji.
Jeśli przyjąć za Sartrem iż antysemityzm jest „namiętnością”, to ponad wszelką wątpliwość ani Giedroyc, ani Bocheńscy, ani inni ludzie z tego kręgu nie byli antysemitami. Trudno podejrzewać, by Redaktor, u którego antyklerykalizm miał charakter wręcz pogłębiającej się z wiekiem obsesji firmował swym nazwiskiem postulat dyskryminacji obywateli polskich pochodzenia żydowskiego dlatego, że Żydzi zamordowali Jezusa. Otóż nie, Giedroyc firmował ów postulat z przyczyn czysto politycznych, racjonalnych, których w autobiografii nie kryje − jego środowisko domagało się dyskryminacji Żydów, by zmusić ich do emigracji.
Zresztą wspominana broszura stawia to bardzo jasno: „Zdajemy sobie sprawę, że wymienione metody walki stworzą bardzo ciężkie warunki egzystencji dla masy żydowskiej. Dopiero one jednak zmuszą Żydów do szybkiej emigracji, międzynarodową zaś finansjerę żydowską do udzielenia tej emigracji odpowiedniego poparcia”.
W „Autobiografii na cztery ręce” Giedroyc wyjaśnia też, skąd ten akurat postulowany kierunek emigracji − Palestyna. Otóż stąd, że w owym okresie państwa zachodnie przed emigracją Żydów z Europy wschodniej broniły się jak przed zarazą (Giedroyc przytacza tu smakowitą anegdotę o rządowych rozmowach z żydowskimi bankierami z USA, którzy udzielenie nam wysokiej pożyczki uzależnili od zobowiązania, iż rząd RP zapobiegnie emigracji „żydów kapotowych” do Ameryki − albowiem ich napływ wzmaga tam nastroje antysemickie, czemu żydowscy bogacze chcą zapobiec). Nawet Żydzi uciekający przed niechybną śmiercią z hitlerowskich Niemiec nie mogli liczyć na prawo wjazdu; głośna była historia statku „Saint Louis”, wiozącego takich uciekinierów, któremu kolejne państwa zachodnie odmawiały wstępu do swych portów, aż odwiózł pasażerów z powrotem do Niemiec, wprost do obozów zagłady.
Przypomnijmy, że powstająca z ponad stuletniej niewoli Polska, borykająca się ze wszystkimi możliwymi problemami, w tym problemem prawie milionowej rzeszy „litwaków” − Żydów rosyjskich wygnanych przez reżim carski na ziemie etniczne polskie, nie identyfikujących się z Polską w najmniejszym stopniu − stanęła dodatkowo w obliczu napływu dodatkowego około pół miliona Żydów z Rosji, uciekających przed bolszewickim rajem. I że wszystkim tym Żydom, nie będącym Polakami, nie mówiącym po polsku, nie związanym z Polską a wręcz jej wrogim, dała obywatelstwo i pełnię wynikających z niego praw. Podobnie zresztą, jak jeszcze tuż przed wojną „antysemicka” Polska przyjęła dziesiątki tysięcy wygnanych przez Hitlera żydów niemieckich.**/
Nigdy nie słyszałem, aby te gesty II RP spotkały się z jakimkolwiek uznaniem czy choć zdawkowym docenieniem. Przeciwnie, intelektualiści z krajów, które odpędzały uciekających przed zagładą Żydów kijem, z lubością debatują dziś o „odwiecznym polskim antysemityzmie”, a przekonanie, że „naziści”, którzy dokonali holocaustu to głównie Polacy, staje się tam potocznym stereotypem.
Prawda historyczna jest inna. W międzywojennej Polsce naprawdę istniał poważny „problem żydowski” − problem niezasymilowanej i odmawiającej asymilacji ludności obcej, w dodatku całkowicie monopolizującej pewne sfery życia gospodarczego, zwłaszcza handel i pośrednictwo w sprzedaży produktów rolnych, z wymierną szkodą dla ludności rdzennej. Ten problem przyczyniał się do rozgrzewania antysemickich namiętności, ale dostrzegali go także ludzie niewątpliwie światli i od antysemityzmu jak najdalsi. Nie tylko wspomniany tu krąg Giedroycia. Także tacy liderzy „liberalnej” opinii międzywojnia, jak Tuwim czy Słonimski, których niechęć i pogarda dla „Żydów kapotowych”, siedliska ciemnoty i zabobonu, znajdowała wyraz nie tylko w antysemickich facecjach („świętym parchom z Góry Kalwarii” kazał się przecież Tuwim w uparcie dziś w tym punkcie cenzurowanym wierszu całować w d…) ale i w ostrych pamfletach na granicy politycznej nagonki. Po marcu 1968 prominentni PZPR-owcy dla skompromitowania Antoniego Słonimskiego domagali się, by jego przedwojenne teksty o takim charakterze opublikować w „Polityce” – Mieczysław Rakowski, oddajmy mu tę zasługę, miał śmiałość odmówić, ale wspomnianych antyżydowskich pamfletów nikt przecież nie zmyślił.
Uproszczona do granic kretynizmu czarna legenda endecji stanowi dziś podstawę „wiedzy” środowisk zagranicznych, nie umiejących sobie nawet wyobrazić skali problemu narodowościowego II RP. Ale także żydowskiej diaspory, np. amerykańskiej, która w czasach holocaustu zachowywała się wobec mordowanych polskich współbraci wyjątkowo nikczemnie, i nawet rozpaczliwy, samobójczy gest Szmula Zygielbojma jej nastawienia nie zmienił − a która dziś pierwsza jest do „odzyskiwania mienia” po ofiarach Zagłady.
To boli i oburza, ale jeszcze bardziej boli i oburza, gdy dla bieżącej polityki w wulgaryzowaniu polskiej historii gorliwie współpracuje polska, z przeproszeniem, elita intelektualna, rozumująca całkowicie w kategoriach walki o „rząd dusz” i z upodobaniem używająca wrednego stereotypu „Polak-katolik = endek-antysemita i odwrotnie” jako pałki do załatwiania swych niskich porachunków.
Cóż, polska „liberalna inteligencja” przypomina orwellowskie owce, których inteligencja wyczerpywała się na chóralnym beczeniu godzinami „cztery nogi dobre, dwie nogi złe”, i zapewne czarna legenda endecji upowszechniana przez michnikowszczyznę jest tym właśnie, czego taka „inteligencja” potrzebuje. Nie spodziewam się więc, żeby dysonans poznawczy pomiędzy stereotypowym ujęciem przedwojennego problemu żydowskiego a kultem Giedroycia jako duchowego ojca Michnika i jego ekipy zdołał jakąś znaczącą statystycznie liczbę do owego zgodnego beczenia zniechęcić.
Co nie zmienia faktu, że trzeba beczącym rzucać od czasu do czasu w oczy parę słów prawdy. Z tej racji pomysł przypomnienia przez „Myśl Polską” okrytej wstydliwym milczeniem przedwojennej broszury trzeba gorąco pochwalić.
*/ Można powiedzieć, że był to program „amerykanizacji” kwestii żydowskiej w Polsce. Z tym, że aby sobie z tego zdawać sprawę, trzeba wiedzieć, że tak właśnie dyskryminowano Żydów w USA mniej więcej do późnych lat sześćdziesiątych. A Amerykanie wydali ogromne pieniądze i włożyli dużo starań w to, żeby o tym nikt nie pamiętał i żeby sami Żydzi dziś im tego nie wypominali.
**/ Część z owej przyjętej przez tworzące się dopiero państwo polskie rzeszy uciekinierów usiłowała dostać się do USA – prowizoryczna przystań, z której organizowano rejsy dla nich, dała początek przyszłemu portowi w Gdyni, jednak Ameryka bardzo szybko zamknęła dla Żydów z Europy Wschodniej swe granice. Wtedy kierunkiem dalszej podróżny rosyjskich uciekinierów stała się Palestyna. I tam jednak zostali przyjęci bardzo niechętnie, bo dalece odbiegali od typu Żyda-pioniera, „chaluca”, którym chcieli syjoniści zasiedlić historyczną kolebkę swego narodu. Podobnie, jak swego czasu wypchnięci przez cara do Królestwa Polskiego „Litwacy”, Żydzi ci nic sobie nie robili z idei i planów syjonistów, ani myśleli pracować na roli i uczyć się hebrajskiego. Pisze o tym ówczesny żydowski przywódca Chaim Weizmann, późniejszy pierwszy prezydent Izraela, w swych opublikowanych w roku 1949 wspomnieniach. Mówiąc nawiasem, co bardzo charakterystyczne dla czasów ich powstania i ówczesnego syjonizmu, we wspomnieniach tych holocaust jest zaledwie zdawkowo odnotowany, dosłownie kilkoma zdaniami.
Tempora mutantur et Giedroyc convertit illos

Kontynuuj czytanie narkive:
Loading...