Największy z polskich królów był gwałcicielem
Discussion:
Największy z polskich królów był gwałcicielem
(Wiadomość utworzona zbyt dawno temu. Odpowiedź niemożliwa.)
boukun
2018-04-08 20:08:15 UTC
Permalink
Raw Message
Ohydna tajemnica wybitnego monarchy. Największy z polskich królów był
gwałcicielem
Historycy szukają dla niego coraz to nowych wymówek. Przecież takie były
czasy, taka mentalność. Nie każdą zbrodnię można jednak uzasadnić. I nie o
każdej wypada nam dzisiaj milczeć. Szczególnie o nieznanych dziejach z życia
Kazimierza Wielkiego.

Nie dało się ukryć, ze królowa węgierska ma u prawej ręki tylko jeden palec.
A że nie chodziło o byle jaką królowa, lecz o wszechmocną w kraju i cieszącą
się ogromnym poważaniem na całym kontynencie Elżbietę Łokietkównę, to jej
kalectwo stało się tematem powszechnych plotek.

"Królowa kikuta" – określił ją niepochlebnie jeden z kronikarzy. Rzecz jasna
obcokrajowiec, bo na Węgrzech nikt by sobie nie pozwolił na równie dosadny
komentarz. Nikt też nie miał odwagi drążyć sprawy, mimo że ta nurtowała
każdego.

Tchórzliwy król, królowa z nerwami ze stali

Co wiedziano z całą pewnością? W roku 1330, a konkretnie w pewien kwietniowy
poranek, doszło do bezprecedensowego ataku na rodzinę panującą. Potężny
możnowładca, Felicjan Zach, zakradł się do monarszej jadalni, po czym nagle
wyszarpnął broń i rzucił się na swojego króla: Karola Roberta z dynastii
Andegawenów.

Przerażony władca – tak przynajmniej podaje autor jednej z relacji –
natychmiast wpełznął pod stół, porzucając najbliższych na pastwę szaleńca.
Na linii ataku została żona króla, 25-letnia Polka Elżbieta, oraz dwóch
małoletnich synów. Monarchini nie miała wyjścia. By ratować życie pociech,
osłoniła je własnym ciałem, w efekcie tracąc cztery palce.

Nim zamachowiec zdołał wyprowadzić kolejne cięcie, dopadli go królewscy
siepacze. Na zdradzieckiego magnata sypały się coraz to nowsze ciosy. Karol
Robert jeszcze nawet nie zdążył wypełznąć spod stołu, a z zamachowca została
tylko krwawa, poćwiartowana miazga. On przynajmniej umarł szybko. Krewni i
przyjaciele Felicjana Zacha nie mogli liczyć na równie łaskawy koniec.

Jedyny syn zamachowca został rozerwany końmi, a resztki jego zmasakrowanego
ciała rzucono psom na pożarcie. Trybunał złożony z dwunastu baronów, ślepo
realizujących wolę pary królewskiej, orzekł też, że cała rodzina Záchów ma
zostać wytępiona, aż do trzeciego stopnia pokrewieństwa. Na śmierć skazano
siostrzeńców i siostrzenice Felicjana, a także wszystkie jego wnuczęta. Do
siódmego stopnia pokrewieństwa karą były konfiskata majątku i dożywotnie
niewolnictwo.
Śmierć będąca wybawieniem

Najbardziej poniżająca, rozciągnięta w czasie i brutalna kara spotkała
jednak nie synów czy współpracowników Zacha, ale jego córkę, Klarę. Odcięto
jej nos i wargi. Odrąbano osiem palców u rąk, pozostawiając wyłącznie
kciuki. W tym stanie posadzono dziewczynę na koń i obwożono ją po różnych
węgierskich miastach, zmuszając do głośnego powtarzania, że każdy, kto okaże
niewierność parze królewskiej, skończy tak samo jak ona. Gdy wreszcie Klarę
ścięto, śmierć musiała być dla niej wybawieniem.

Dworzanie nie potrafili zrozumieć tego, co zaszło. Klara Zach była
oczywiście córką zamachowca. Ale była też dotąd… zaufaną członkinią
fraucymeru Elżbiety, od lat usługującą najjaśniejszej pani. Wierna służba
monarchini najwidoczniej nie tylko nie uchroniła kobiety przed egzekucją,
ale wręcz pogrążyła ją w oczach Piastówny. I nie mógł to być przypadek.
Zasłona dymna

Królewscy urzędnicy zrobili wszystko, by ukryć tło sprawy. Oficjalnie
przyjęto, że Felicjan targnął się na życie władcy, ponieważ pozbawiono go
jakichś tytułów i nie był on w stanie przełknąć degradacji. Tłumaczenie
trzeszczało w szwach.

Rzeczywiście Zach stracił w oczach króla, ale doszło do tego… na długie dwa
lata przed zamachem. Karol Robert, z nieznanych bliżej względów, pozbawił
magnata dzierżonej dotąd kasztelanii. Nie zarekwirował mu natomiast żadnych
rodzinnych majątków, w żaden sposób go nie poniżył.

Osobisty atak na władcę można by zrozumieć chyba tylko wtedy, gdyby nastąpił
on w przypływie ogromnych emocji, o których w tym przypadku zwyczajnie nie
mogło być mowy. Łączenie sprawy zamachu z karierą magnata to tylko niezbyt
udana zasłona dymna, którą sprokurowali sędziowie pozostający na usługach
króla.

Jak w taki razie wyglądała rzeczywistość? O tej zaczęto pisać jeszcze za
życia Elżbiety Łokietkówny. Choć rzecz jasna poza granicami Węgier.

Prawda ukryta w źródłach

Do dzisiaj przetrwały trzy kroniki, w których znajdują się tropy prowadzące
do rozwiązania zagadki. Opisy w nich zawarte różnią się w szczegółach,
wszystkie księgi podają jednak, że wzburzenie Zácha nie miało nic wspólnego
z polityką. Na królewskim dworze skrzywdzono jego ukochaną córkę Klarę. I
ten właśnie fakt popchnął magnata do gwałtownej, nieprzemyślanej reakcji.

W anonimowym włoskim dziełku historycznym zanotowano, że dwórkę zgwałcił
"siostrzeniec króla" Karola Roberta. Tekst powstał kilkanaście lat po
wydarzeniach, a jego autor zasięgnął języka u dworzan Elżbiety. Nawet jeśli
powtarzał plotki, to całkiem świeże i pozyskane u źródła. Dalsze światło na
sprawę rzuca austriacka kronika niejakiego Henryka von Mügelna.

Człowiek ten przebywał na węgierskim dworze około 1350 roku i też nie
omieszkał dyskretnie wypytać miejscowych, dlaczego królowa ma tylko sześć
palców u rąk. W relacji na pierwszy plan wysuwa się Elżbieta. Henryk von
Mügeln podaje, że władczyni, zamiast chronić swą podopieczną, sama oddała ją
w ręce napastnika.

Dowiadujemy się, że przebywający na dworze dostojny gość "spał z córką
Felicjana za wolą królowej". Gdy tylko ojciec Klary dowiedział się o hańbie
dziewczyny, wparował do komnat Karola Roberta z mieczem w dłoni, myśląc
tylko o tym, by "zniszczyć królewskie nasienie".

Austriak, podobnie jak Włoch, nie był w stanie jasno wskazać, co łączyło
gwałciciela z parą monarszą. Dla tego drugiego mężczyzna był siostrzeńcem
władcy. Henryk von Mügeln zrobił z niego z kolei brata Karola Roberta.
Zarazem jednak podał tytuł i imię napastnika. Dzięki temu wiemy, że chodziło
nie o kogoś z rodzeństwa króla, ale o jego szwagra. A zarazem: polskiego
następcę tronu, Kazimierza.
Chorowity synalek

Kazimierz nie był jedynym bratem Elżbiety Łokietkówny i jedynym synem
Władysława Łokietka. Był jednak tym, który przeżył. Dwaj starsi Piastowicze
odeszli do wieczności jeszcze przed osiągnięciem lat sprawnych. W efekcie
sam tylko Kazimierz dawał szansę na przedłużenie rodu. Na synka dmuchano i
chuchano, rozpieszczając go i chroniąc przed jakimkolwiek
niebezpieczeństwem. Nic nie słychać o udziale młodego królewicza w wyprawach
zbrojnych czy nawet w polowaniach. Nie uczy się on też chyba zbyt pilnie, a
rodzice nie przykładają wagi do tego, by siedział z nosem w książkach.

Król i królowa folgowali Kazimierzowi tym bardziej, że ten był słabego
zdrowia. W 1327 roku napędził matce, Jadwidze Kaliskiej, takiego stracha
chorobą, że monarchini zwróciła się z prośbą o pomoc i modlitwę aż do samego
papieża.

Do formy wracał powoli, a jego zdrowie wciąż budziło niepokój bliskich.
Najchętniej trzymano by go w bezpiecznej złotej klatce, nie dało się jednak
powstrzymać nieubłaganego upływu czasu. Władysław Łokietek sam coraz
bardziej niedomagał, zbliżając się do matuzalemowej granicy siedemdziesięciu
lat. O**d starca nikt nie oczekiwał odsunięcia się w cień i oddania
władzy**. Trzeba jednak było myśleć o przyszłości. I o tym, że już wkrótce
tron przejmie nieokrzesany smarkacz.

Chcąc nie chcąc,** trzeba było dziewiętnastoletniego młodzieńca przeszkolić
w sztuce rządzenia**. W grę wchodził udział w kolejnej wojnie ze
sprawiającymi ciągłe trudności Krzyżakami. Na takie ryzyko król nie chciał
się jednak zgodzić. Zamiast wysyłać syna na pole bitwy, polecił mu jechać na
Węgry. Na dworze starszej o pięć lat siostry i znanego z surowych rządów
szwagra Kazimierz miał się otrzaskać z polityką, zyskać nieco ogłady i
doświadczenia w grach pałacowych. Przy okazji miał też wyprosić u Karola
Roberta pomoc zbrojną w nadchodzącym konflikcie z rycerzami zakonnymi.
Sercowe katusze

Do Wyszehradu królewicz przybył pod koniec 1329 lub może z samym początkiem
1330 roku. I od razu poczuł się jak u siebie w domu. Tak jak rodziców od lat
brał na litość i zyskiwał dzięki temu szczególne traktowanie, tak teraz
próbował symulanctwem ugrać coś u dobrodusznej Elżbiety.

Jadwiga i Łokietek na pewno zawczasu ostrzegli, że trzeba bacznie śledzić
stan królewicza i wzywać medyków w razie jakiejkolwiek zapaści. I jeśli
wierzyć Janowi Długoszowi, kondycja następcy tronu rzeczywiście zaraz
zaczęła szwankować. Elżbieta znalazła brata w łóżku, osłabionego i
pogrążonego w letargu.

Kronikarz twierdził, że przenikliwa królowa szybko zrozumiała, co dolega jej
podopiecznemu. Wydaje się jednak, że to raczej Kazimierz musiał naprowadzić
siostrę na źródło swojej niedyspozycji. Cierpiał fizyczne katusze, bo jego i
tak słaby organizm trawiła "choroba serca".

Pod nieobecność młodej, pozostawionej w Polsce żonki, zapałał mianowicie
nagłym i niepowstrzymanym uczuciem do jednej z dwórek Elżbiety: pięknej
dziewicy Klary Zách. Jeśli miał odzyskać zdrowie, to tylko za sprawą
spotkania z upragnioną kobietą. Rzecz jasna sam na sam, w tej samej łożnicy,
w której leżał teraz zmorzony słabością.
Niecodzienne lekarstwo

Elżbieta nie miała nic przeciwko pielęgnowaniu brata w chorobie. Propozycja,
by organizowała mu schadzki z własnymi dwórkami, musiała jednak przejąć
znaną z pobożności monarchinię wstrętem. Bardzo możliwe, że na tym etapie do
gry włączyli się dworscy lekarze. XIX-wieczny historyk Ernest Świeżawski
sugerował, że to właśnie mędrcy medycyny zalecili młodemu dynaście jakiś
romans – dla wzmocnienia organizmu.

Takie recepty rzeczywiście stosowano, i to do całkiem niedawna. Mógł się z
nimi zetknąć sam Świeżawski, bo jeszcze w latach dwudziestych i
trzydziestych XX wieku polscy lekarze przepisywali cierpiącym na migreny i
złe samopoczucie mężczyznom wizyty u prostytutek.

Elżbieta widocznie też dała się przekonać sprytnemu bratu lub rzekomym
specjalistom. A może po prostu po latach życia ze swoim niezbyt
restrykcyjnym i znanym ze skoków w bok mężem nieco opuściła gardę, jeśli
chodzi o prawidła etyki.
Od Jana Długosza dowiadujemy się, że władczyni przybyła do komnaty
Kazimierza "niby w odwiedziny". Następnie:

(…) odprawiła z pokoju usługujących choremu – pod pozorem jakoby coś
tajemnego z nim omówić miała – i sama tylko pozostała z Klarą, która z nią
razem przyszła. Potem, wymówiwszy jakieś banalne słowa, odeszła, a
wspomnianą Klarę zostawiła u księcia Kazimierza na zgwałcenie, uważając je
za niewielki występek i sądząc, że nikt o nim wiedzieć nawet nie będzie. I
że bynajmniej nie nadwyręży dobrej sławy Klary.

Samce królewskiej krwi

Długosz lubił fantazjować i wyolbrzymiać zasłyszane opowieści. Wielu badaczy
także w historii wykorzystanej Klary doszukuje się oznak fałszu. O ile
wypada podzielić ogólne wątpliwości co do warsztatu kronikarza, o tyle
należy być bardzo ostrożnym, zaprzeczając występkowi opisanemu w trzech
różnych źródłach. Szczególnie że badacze od naukowej krytyki zaskakująco
łatwo przechodzą do chamskich, szowinistycznych zaczepek.

Trudno mówić o gwałcie, "skoro, co wiemy skądinąd, opieranie się samcom
królewskiej krwi nie było specjalnie w modzie u panienek owej epoki" –
stwierdza gburowato znany antropolog Ludwik Stomma. Nie ma sensu dodawać
tutaj, że pojęcie gwałtu wcale nie powstało w ostatnich latach i że w każdej
epoce da się wskazać kobiety stawiające opór seksualnym drapieżnikom.

Tym bardziej bezcelowe wydaje się podkreślanie, że – wbrew twierdzeniom
Ludwika Stommy – nie wszystkie dawne "panienki" uważały swoje ciała za karty
przetargowe w grze politycznej. Nie wszystkie tym samym były skłonne narażać
się na niechciany stosunek, na hańbę i nieślubną ciążę tylko dlatego, że
wpadły w oko "samcowi królewskiej krwi". Choć może podkreślić to trzeba,
jeśli podobne komentarze padają nawet w pracach naukowych…

Nie sposób dociec, co dokładnie nastąpiło za zamkniętymi drzwiami alkowy
Kazimierza. Klara uważała w każdym razie, że stała jej się krzywda i że na
poniżenie naraziła ją jej własna królowa. Wbrew przewidywaniom Elżbiety
dwórka nie pozostawiła incydentu w tajemnicy. Milczała tylko tak długo, aż z
zagranicznych wojaży powrócił ojciec. Może z własnej inicjatywy, a może pod
naciskiem zaniepokojonego jej roztrzęsieniem Felicjana Klara wyznała prawdę.
Zdaniem Długosza prosiła nawet, by krwią pomścić jej hańbę.

Do rozmowy ojca z córką doszło już po tym, jak zadowolony z siebie i nagle
ozdrowiały Kazimierz opuścił węgierski dwór. Jeden winowajca wywinął się od
kary. Na miejscu wciąż jednak byli ludzie, którzy gwarantowali Klarze
bezpieczeństwo i opiekę. A przede wszystkim: monarchini, której ta
usługiwała.

https://www.o2.pl/artykul/ohydna-tajemnica-wybitnego-monarchy-najwiekszy-z-polskich-krolow-byl-gwalcicielem-6238964350503041a

obserwator
08 kwi, 13:31
... a co to za tajemnica, przecież to wie każdy, kto choć trochę interesuje
się historią, poza tym gwałt w tamtych czasach był tak powszechny jak
obecnie na sylwestra w Niemczech.
j***@gmail.com
2018-04-09 10:14:53 UTC
Permalink
Raw Message
Zazdrościsz mu Bohunku?

Loading...