Discussion:
Co, prócz islamskich uchodźców, zagraża bardziej Pomrocznej?
(Wiadomość utworzona zbyt dawno temu. Odpowiedź niemożliwa.)
narciasz
2017-05-19 12:08:01 UTC
Permalink
Raw Message
Borelioza, babeszjoza, anaplazmoza, zapalenie mózgu – to tylko niektóre z chorób, jakie roznosi 30 proc. żyjących w Polsce kleszczy. Zarażony jest więc nimi co trzeci osobnik.
Są  jednak regiony, gdzie grasuje ich o wiele więcej. Na przykład w  Puszczy Niepołomickiej aż 60 proc. tych pajęczaków ukrywa w swoim ciele groźne dla ludzi patogeny.
Zwiększone ryzyko zabójczego ukąszenia panuje na tzw. obszarach endemicznych, w województwach: podlaskim, warmińsko-mazurskim, małopolskim i dolnośląskim. Coraz bardziej zakleszczone jest Mazowsze.

Chorobą, która najczęściej atakuje kleszcz, jest borelioza. Co rok pada nowy rekord. W 1996 roku –  751 zgłoszonych przypadków zachorowania, w 2000 – 1850, dziesięć lat temu – 7731, w ubiegłym roku – 21 220.
Działacze polskiego Stowarzyszenia Chorych na Boreliozę uważają, że liczby nie odzwierciedlają prawdziwej sytuacji, nie wszystkie przypadki są zgłaszane, wiele jest w ogóle nierozpoznawanych. 9 – 10 tys. nowych przypadków roczniej.
Jeśli przemnożyć tę liczbę przez kilkuletni średni okres trwania choroby, uzyskamy chorobowość rzędu kilkuset tysięcy rocznie – i to jest prawdziwa skala problemu.
Wzrost liczby zarażonych boreliozą na pewno można tłumaczyć lepszą diagnostyką, ale to tylko część prawdy. Kleszcze do niedawna kojarzone wyłącznie z lasami i łąkami zagarniają coraz to nowe obszary.
Pomagają w tym najprawdopodobniej zmiany klimatyczne. Nie dziesiątkują ich mrozy, wydłużony okres wegetacji sprzyja rozmnażaniu, globalne ocieplenie pozwala podbijać kolejne tereny.
Ożywają już w temperaturze około 5 stopni powyżej zera. Nic więc dziwnego, że zdarzały się przypadki ukąszenia przez kleszcze przyniesione do domu na bożonarodzeniowej choince.
Rozprzestrzenianiu sprzyjają również ich żywiciele, ludzie. W tym roku padnie prawdopodobnie kolejny rekord zachorowań na boreliozę. W pierwszym kwartale zanotowano już o 1,5 tys. więcej chorych niż w tym samym okresie 2016 roku.
Kleszcze zaczęły zasiedlać miasta –  parki, przydomowe ogródki, ogrody zoologiczne. Jednak największa epidemia boreliozy nastąpi w Polsce dopiero w 2018. Dlaczego?
Bo w roku 2016 dęby miały nadzwyczaj dużo nasion. Dęby i  kleszcze? Gdzie tu związek? Otóż kleszcz jest tylko nosicielem zarazków. Głównym winowajcą są zarażone krętkami myszy.
Kleszcze rodzą się wolne od bakterii borrelia, dopiero gdy dorosną, wysysają ją z krwi leśnych gryzoni. Tak więc, gdy w którymś roku jest więcej żołędzi niż zwykle, czyli więcej pożywienia dla gryzoni, w następnym rośnie populacja myszy, które z kolei są świetnymi gospodarzami dla kleszczy, ponieważ nie potrafią ich zabijać. Stąd dwa lata po urodzaju na żołędzie następuje urodzaj na kleszcze. Korelację pomiędzy ilością żołędzi a liczbą zachorowań na boreliozę pierwsi odkryli Amerykanie.

Zarażony przez myszy kleszcz wbija się w skórę człowieka, tworząc w niej tzw. rynienkę, przez którą pije krew. A kiedy już jest bardzo opity, wymiotuje, wpuszczając do ciała żywiciela bakterie, wirusy i pierwotniaki.
Robi to zwykle bezboleśnie, bo wcześniej wydziela substancję znieczulającą. Jego działalność może więc być niezauważona. W przypadku niemal połowy ukąszeń na skórze nie powstaje nawet charakterystyczny rumień.

Pani Małgorzata latami czuła się osłabiona i zmęczona. Winę zrzucała na przepracowanie i stres, dopóki choroba nie zaatakowała z całą mocą. Z tygodnia na tydzień było coraz gorzej. Tak bardzo bolały stawy, że ledwie się poruszała, przedmioty wypadały jej z rąk, nie potrafiła wypowiedzieć prostego zdania, bo myśli uciekały z głowy.
– Były dni, kiedy nie mogłam wstać do łazienki. Miałam silne napady lęku, wrażenie, że coś zżera mój mózg. Kiedyś stanęłam na środku ulicy i zaczęłam płakać. Nie wiedziałam, gdzie jestem, w którą stronę mam iść – opowiada.
Wizyty u lekarzy, badania, następne wizyty, kolejne badania. Wszystkie wyniki w normie, a ona czuła się umierająca. Wreszcie wpadła na pomysł testu na boreliozę. Był pozytywny. Dostała skierowanie na oddział zakaźny, ale nim tam trafiła, leczyła się prywatnie metodą, której NFZ nie refunduje, a lekarze z państwowych placówek nie praktykują. Kiedy poszła do szpitala, opowiedziała o niekonwencjonalnej terapii. Szczerość okazała się zgubna. – Ordynator z zakaźnego odesłała mnie do psychiatry. Szydził ze mnie. Pytał, czy przypadkiem nie leczę się jeszcze różdżką. Czułam się upokorzona.
Rzeczniczka szpitala tłumaczyła później, że pacjentki nie przyjęto, ponieważ na oddziale brakowało miejsc.
V.L.Pinkley
2017-05-19 12:29:25 UTC
Permalink
Raw Message
http://www.rokor1.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=506:portret-krwiopijcy&catid=92&Itemid=514
Loading...